O teściach i rodzicach, czyli trudne relacje.

Gdy Jezus dokończył tych mów, opuścił Galileę i przeniósł się w granice Judei za Jordan. Poszły za Nim wielkie tłumy, i tam ich uzdrowił. Wtedy przystąpili do Niego faryzeusze, chcąc Go wystawić na próbę, i zadali Mu pytanie: «Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu? On odpowiedział: «Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? I rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela». (Mt. 19.1-6)

W zacytowanym fragmencie Ewangelii Pan Jezus odwołuje się do Księgi Rodzaju, w której to Bóg na samym początku ustanowił nierozerwalność małżeństwa. Dzisiaj chcielibyśmy się skupić szczególnie na pewnym aspekcie, który zakłada, że zawierając małżeństwo człowiek "opuszcza ojca i matkę".

Opuszczenie rodziców, nie tylko fizyczne, ale i emocjonalne, jest podstawowym warunkiem dojrzałości, która jest niezbędna do zawarcia związku małżeńskiego. Wchodząc w małżeństwo zakładamy nową rodzinę, która nie tylko będzie budować swoją, niezależną, nową relację, ale także będzie częścią większej - często trudnej - siatki połączeń różnych nowych korelacji: Mąż - żona. Mąż - jego rodzice. Mąż - jego teściowie. Żona - jej rodzice. Żona - jej teściowie. Życie pokazuje, że nierzadko są to skomplikowane i trudne układy. Dlaczego?

Na początek trzeba sobie zadać pytanie jak na przestrzeni czasu ewoluuje nasza relacja z rodzicami i teściami? Na czym się ona opiera? Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na poszczególne jej aspekty:

- relacja miłości rodzica do dziecka. Pojawia się od początku i trwa przez całe życie. Rodzice nas kochają i chcą naszego dobra - z taką intencją najczęściej podejmują wszelkie działania wobec nas.

- relacja posłuszeństwa rodzicom w dzieciństwie oraz posłuszeństwo narzuconym zasadom. Gdy byliśmy mali, naturalnie obowiązywało nas posłuszeństwo. Rodzice wiedzieli co jest dobre i uczyli nas tego stawiając wymagania. Co się stało z tą relacją w trakcie naszego procesu dorastania? Czy jesteśmy w tej chwili w pełni wolni i odpowiedzialni za swoje wybory? Czy nasi rodzice rozumieją, że już nie musimy być im posłuszni? Jak sami się z tym czujemy - czy dajemy sobie prawo do własnych wyborów, nie zawsze zgodnych z wolą naszych rodziców?

- relacja zależności. W dzieciństwie byliśmy w pełni zależni od naszych rodziców. To oni nas karmili, ubierali, decydowali o nas - takie było ich zadanie i odpowiedzialność. Przywykli jednak bardzo silnie do tego, że byliśmy od nich zależni i teraz, gdy już jesteśmy dorośli często jest im bardzo trudno zmienić to nastawienie i zaakceptować naszą niezależność.

Jakie są SILNE ŁĄCZNIKI RODZICÓW Z DZIEĆMI?

Przede wszystkim marzenia, ambicje i pomysły rodziców na nasze życie i szczęście. Gdy byliśmy mali, rodzice często wyobrażali sobie jak ma wyglądać nasze dorosłe życie i do dzisiaj definiują nasze szczęście według tej własnej perspektywy. Nierzadko marzą jak ma wyglądać nasz przyszły zawód, czy współmałżonek. Rodzice z reguły pragną dla nas szczęścia, ale patrzą na to na swój własny sposób - wg własnych doświadczeń i marzeń o szczęściu dla nas. Warto, żebyśmy zdawali sobie z tego sprawę i mieli do tego dystans. Okres dojrzewania i wyjazd na studia są pewnymi etapami przejściowymi w naszym życiu. Powoli nabywamy wtedy niezależności, dojrzewamy do wolności, zaczynamy podejmować własne decyzje i bierzemy za nie odpowiedzialność. Rodzicom często jest wtedy trudno przestawić swoje tory myślenia i nadal widzą w nas swoje dzieci, które są od nich zależne, potrzebują ich aprobaty i oczekują (często nieświadomie), że będziemy realizować wymarzony przez nich program na nasze szczęście. Czy potrafimy w naszym małżeństwie dojrzale spojrzeć na ograniczenia naszych rodziców i w wolności, spokojnie o tym ze sobą rozmawiać? Warto sobie zdawać sprawę, że często rodzice mogą w nas wzbudzać poczucie winy, jeśli chcemy iść własną drogą, niezależną od ich oczekiwań.

CZEGO WARTO UNIKAĆ?

Ogólna tendencja jest taka, że matki są często zazdrosne o własnych synów. Chcą zatem wchodzić w jego relację z żoną. Mąż zatem musi się wykazać czujnością i nie może pozwalać swojej matce na oczernianie swojej żony i wytykanie jej wad. To samo oczywiście dotyczy córki, która nie powinna pozwalać na jawne oczernianie swojego męża przez jej rodziców.

Warto też unikać rozmawiania z rodzicami o małżeńskich problemach. Nie chodzi o to, żeby je ukrywać (zwłaszcza, jeśli dzieje się coś naprawdę niepokojącego i potrzebna jest pomoc). Raczej o to, by mieć na uwadze inną perspektywę postrzegania danego problemu. Dla nas bowiem wyżalenie się rodzicom może być pewną ulgą w chwilowym kłopocie, który akurat dziś przeżywamy, a jutro spokojnie we dwoje go rozwiążemy. Rodzic z kolei zazwyczaj zinterpretuje to globalnie w formie "moje dziecko jest nieszczęśliwe w małżeństwie" i będzie to rzutować na całe postrzeganie naszego sukcesu życiowego i małżeńskiego. Trzeba zatem świadomie i konsekwentnie bronić współmałżonka przed własnymi rodzicami. Nie wolno utwierdzać rodziców w ich z natury silnym przekonaniu, że tylko rodzic może dać swojemu dziecku szczęście, a w małżeństwie dziecka źle się dzieje (więc trzeba interweniować...).

Warto też unikać porównywania małżonka ze swoimi rodzicami. To naturalne, że mama robi coś inaczej niż żona, ale sugerowanie wprost, że "mamusia robi coś lepiej" może być dla żony bardzo krzywdzące. Takie działania nigdy nie przynoszą niczego dobrego, a często sieją w rodzinie zamęt i szkodę...

Ogólnie, to przede wszystkim musimy pamiętać, że to jest nasze małżeństwo i nasza odpowiedzialność. To my sami musimy się dogadać, rozwiązać swoje kłopoty, ustalić własne zasady, jakimi ma się kierować nasza rodzina i rozmawiać ze sobą na każdy temat w poczuciu wolności. A uwalniać się musimy przede wszystkim od poczucia winy, które (czasem z premedytacją, ale zazwyczaj jednak niezamierzenie) może być wzbudzane przez naszych rodziców. Warto mieć tego świadomość i się temu nie poddawać.

Na koniec proponuję, by porozmawiać ze sobą w małżeństwie, czy nasza zależność od rodziców nie jest przez nas jakoś podtrzymywana? Np. ze względów finansowych, czy takich, że babcia opiekuje się wnukami? Czy to nie blokuje naszej wolności w podejmowaniu decyzji i poczucia wyłącznie naszej odpowiedzialności za rodzinę, którą wspólnie tworzymy? Czy nasza relacja małżeńska jest na tyle wolna i dojrzała, że jesteśmy w stanie spokojnie rozmawiać ze sobą na temat naszych rodziców?

P.S. Jeśli ktoś chce poszerzyć sobie ten temat, gorąco polecam konferencję o. Adama Szustaka OP pt. Rodzice na detoksie.

Artukuł powstał na podstawie konferencji o. Wojciecha Bartnickiego SSCC wygłoszonej na spotkaniu KANY dnia 10.10.2015r.